Pierwsza Jaskinia 2026 – relacja

Autorka: Weronika Śliwińska

Jura, czyli tam, gdzie zaczyna się przygoda

Od dawna nosiłam się z zamiarem zrobienia Kursu Taternictwa Jaskiniowego. Wszystko zaczęło się od wydarzeń slackline na Polach Mokotowskich. Z czasem środowisko naturalnie ewoluowało w stronę highline’u, a że w naszej społeczności jest bardzo wielu wspinaczy — co zresztą nie dziwi, bo sama dyscyplina wywodzi się z Parku Narodowego Yosemite, gdzie pierwszymi slacklinerami byli właśnie wspinacze — pojawiła się również pasja do wspinania. W ten sposób poznałam kilku grotołazów i wtedy pomyślałam: też chcę tego spróbować.

Już zimą zaczęłam zapoznawać się z technikami linowymi. Niestety przez kumulację majowych komunii musiałam chwilowo zrezygnować z tego pomysłu. Nie przeszkodziło mi to jednak regularnie śledzić strony Speleoklubu. Aż w końcu, 10 marca, pojawiło się ogłoszenie „Pierwsza Jaskinia 2026” z opisem: „TEN WYJAZD JEST DLA CIEBIE”. Dla mnie? Świetnie! Bez chwili zastanowienia zapisałam się na wydarzenie, zaznaczając opcję wspólnego przejazdu z innymi uczestnikami.

Im bliżej wyjazdu, tym częściej zaczynałam się zastanawiać, co właściwie kieruje ludźmi, którzy z własnej woli wchodzą do ciasnych, ciemnych miejsc, z których jedyna droga odwrotu prowadzi dokładnie przez ten sam otwór, w którym chwilę wcześniej zaklinowali się na kilka minut. Do tego błoto, mokre ubrania, wielkie pająki i nietoperze przelatujące kilka centymetrów od twarzy… Hmmm. Nie brzmi to jak definicja komfortu.

13 kwietnia Artur Wachnicki przekazał mi numer do mojego towarzysza podróży — Tobiasza. A już 17 kwietnia byliśmy w drodze do Łutowca razem z Tobiaszem i Iasonem. Co zabawniejsze, po drodze okazało się, że mamy wspólny mianownik — wszyscy z pasji jesteśmy związani z branżą lotniczą.

Do naszej bazy noclegowej w Szkole Podstawowej Fundacji „Elementarz” dotarliśmy około godziny 20:00. Resztę wieczoru spędziliśmy przy wspólnym ognisku, poznając liczne zabawne historie, między innymi o genezie nazwy „Jaskinia Spełnionych Marzeń”. Jak to zwykle bywa przy dłuższych rozmowach — od żartów szybko przeszliśmy przez politykę, kończąc na rozważaniach o śmierci.

18 kwietnia 2026 (sobota)

Kawka, szybkie śniadanie i ruszamy w teren. Jeszcze przed wyjazdem zostaliśmy podzieleni na dwie grupy, ale dla lepszej komunikacji padła propozycja nadania im nazw. Pierwsza grupa przyjęła dumną i drapieżną nazwę TYGRYSY, natomiast nasza… PINGWINY. Bo czemu nie?

Po dotarciu na miejsce i serii pytań w stylu: „brać plecak czy nie?”, „nogawki do butów czy na zewnątrz?”, ruszyliśmy w kierunku naszej pierwszej jaskini.

KRYSZTAŁOWA

Slalomem przez las dotarliśmy do niepozornej „lisiej jamy”. W normalnych warunkach sama nigdy nie sprawdzałabym, co znajduje się w środku, obawiając się spotkania z jej futrzastym gospodarzem.

Już na początku było bardzo wąsko. Dawno moja twarz nie znajdowała się tak blisko ziemi, a samo przemieszczanie przypominało styl „robaczkowy” — ręce do przodu, a za nimi reszta ciała sunąca po czarnej ziemi zmieszanej z bukowymi liśćmi. Później zrobiło się nieco szerzej i wyżej, za to podłoże stało się bardziej kamieniste i pełne rumoszu.

W Kryształowej, w Sali Złomisk, mieliśmy okazję zejść poniżej głównej komory — tam było już naprawdę mokro, a wszystko oblepiała glina. Wtedy dotarło do mnie, że „czysto to już było” i dalsze zastanawianie się, czy uda się wyjść suchą nitką, nie ma większego sensu.

Najciekawsze było jednak obserwowanie, jak początkowy strach malujący się na twarzach uczestników stopniowo zamieniał się w ciekawość. Z każdym kolejnym metrem coraz bardziej chcieliśmy sprawdzać każdą szczelinę i każdą dziurę: „a ciekawe, czy tu też się zmieszczę?”.

W tej sali najbardziej zainteresowały nas ogromne bloki skalne, które próbowaliśmy sforsować z każdej strony. Nadal żyliśmy w przekonaniu, że do ciasnych miejsc najlepiej wchodzić pojedynczo — i koniecznie nogami do przodu, dla bezpieczeństwa psychicznego przeciskającego się.

Mieliśmy też okazję obserwować liczne podkowce małe, które w zabawnych pozycjach przypominały kołyszące się na wietrze liście.

TRZEBNIOWSKA

Kolejne przebieranie, szybki spacer przez las i docieramy do imponującego otworu wejściowego. Wokół rosło mnóstwo drzewek owocowych — zapewne pozostałość po wyrzucanych przez turystów ogryzkach — oraz ślady po ogniskach, co wyraźnie świadczyło o popularności tego miejsca.

W przeciwieństwie do Kryształowej ta jaskinia zaskoczyła przestrzenią. Duże wejście, jasno, sucho, wręcz… przytulnie. Można mieszkać.

Moją uwagę od razu przyciągnęły liczne paprocie przy wejściu. W głębi spotkaliśmy sieciarze jaskiniowe, martwego podkowca porośniętego pleśnią oraz rannego nietoperza. Nieco dalej siedział gacek brunatny — zdecydowanie większy od wcześniej spotykanych krewniaków.

W ścianach widoczne były fragmenty krystalicznego kalcytu w niebieskawo-zielonych odcieniach, a bliżej końca korytarza tak zwane „pola ryżowe” — nazwa, której nigdy bym sama nie odgadła. Znajdowała się tam również misa z idealnie przejrzystą wodą, co mocno odróżniało Trzebniowską od pozostałych jaskiń odwiedzonych podczas wyjazdu.

Choć Trzebniowska była piękna, to jako nowicjusz zdecydowanie bardziej polubiłam Kryształową — za ciasne przejścia, przeciskanie i tę ekscytację związaną z odkrywaniem, co czeka za kolejnym zakrętem.

CABANOWA

Ta jaskinia podobała mi się chyba najbardziej.

Na jasnym wzgórzu porośniętym niemal wyłącznie jałowcem złapaliśmy kilka promieni słońca, zanim dotarliśmy do wejścia otoczonego skałami z każdej strony. Weszliśmy krętym i niezwykle ciekawym korytarzem o nierównych ścianach, który stopniowo robił się coraz wyższy.

Na końcu dotarliśmy do obszernej komory, z której prowadził już tylko zwężający się zacisk. Dotarłam tam pierwsza i po jednym spojrzeniu stwierdziłam, że to fizycznie niemożliwe, aby ktoś był w stanie się tam przecisnąć. Sam widok ciasnego przejścia, skrętu pod kątem dziewięćdziesięciu stopni i nawisu nad głową wywoływał ciarki.

Rzuciłam więc do stojących za mną kolegów:
— „Jak ty wejdziesz, to ja też.”

Liczyłam, że temat umrze naturalnie.

— „OK.”

No i przepadło.

Najpierw przecisnął się Artur, potem ja, a za mną Tobiasz. W środku było tak ciasno, że żeby wejść, trzeba było odwrócić głowę bokiem — inaczej klinował się kask. Po chwili dało się odczuć, jak szybko ogrzewa się powietrze w tak małej przestrzeni.

W momencie, kiedy pomyślałam: „Dobra, pora wychodzić”, w wejściu zobaczyłam przeciskającego się Bartka — rosłego faceta. I wtedy przyznam, że lekko się zestresowałam, dochodząc do wniosku, że jeśli już mamy tam umrzeć… to przynajmniej razem.

Dotąd wydawało mi się, że matematyka jest nieubłagana — skoro otwór jest mniejszy niż obwód bioder i klatki piersiowej, to przejść się nie da. Jak się okazało, bardzo się myliłam. Da się. Trzeba tylko cierpliwości, odpowiedniego ułożenia ciała i odrobiny samozaparcia.

To właśnie tam złapałam jedynego chrząszcza, jakiego spotkaliśmy podczas całego wyjazdu. Ponieważ nie miałam pojemnika, tymczasowo zamieszkał w puszce po akumulatorze od czołówki.

TOWARNA-DZWONNICA (trawers)

Wejście znajdowało się dosłownie rzut beretem od Cabanowej. Obszerne, skaliste wejście i stosunkowo gładkie ściany od razu odróżniały ją od pozostałych jaskiń.

Było sucho, a większość trasy pokonywaliśmy na czworakach. Mijaliśmy niskie łuki, czasami odgarniając rumosz, żeby wygodniej się przecisnąć. Po drodze trafialiśmy na ślady innych odwiedzających — wyrytą w skale grę w kółko i krzyżyk czy ulepionego z gliny ślimaka.

Liczne przejścia, rozwidlenia i alternatywne korytarze sprawiły, że w pewnym momencie całkowicie straciłam orientację, gdzie już byliśmy i dokąd właściwie zmierzamy.

Około 17:00 zakończyliśmy eksplorację. Po szybkim obiedzie przeszliśmy za szkołę, gdzie poznawaliśmy sprzęt wspinaczkowy i podstawowe techniki linowe. Razem z kolegami założyliśmy chyba najdziwniejsze uprzęże, jakie mieliśmy dotąd na sobie. Był szybki body check, wspinaczka, przepinka i bardzo przyjemny zjazd na linie rozwieszonej między skałą a sosną.

Jako rodowita Podlasianka mogę to podsumować tylko jednym zdaniem:
„Dla mnie się podoba.”

19 kwietnia 2026 (niedziela)

Standardowo — szybkie śniadanie, kawa i ruszamy dalej.

Droga do pierwszej jaskini tego dnia trwała około czterdziestu minut. Po szybkim przebraniu czekało nas strome podejście przez buczynowy las.

WIERNA

Najdłuższa, najbardziej różnorodna i zdecydowanie najciekawsza jaskinia całego wyjazdu.

Najpierw strome, kamieniste zejście, potem ciaśniejszy fragment z uszkodzoną materiałową drabinką i metalowymi stopniami, a następnie kolejne zejście po schodach. Byłam szczerze zaskoczona przestrzenią „Sali Wytrwałych” znajdującej się kilka metrów pod ziemią.

Skręciliśmy w lewo, kierując się ku studni o szerokości około pół metra. Rozpierając się nogami i kolanami o ściany, zeszliśmy kilka metrów w dół, a następnie podążaliśmy za Arturem wąską, bardzo wysoką szczeliną.

W ścianach i podłożu widoczne były korzenie drzew zakończone kroplami wody, a także liczne skamieniałości — ramienionogi, amonity i inne dawne organizmy morskie. Szczególnie zainteresowały mnie krzemienie, które wymyte z wapiennej skały przypominały swoim kształtem kamienne kule.

Ta jaskinia nieustannie się zmieniała — raz ogromne przestrzenie, chwilę później ciasne przejścia, potem błoto, suche odcinki, czołganie, wspinanie i przeciskanie. Właśnie ta różnorodność zrobiła na mnie największe wrażenie.

Wierna była też najbogatsza pod względem szaty naciekowej — stalaktyty, polewy z mleczka wapiennego i delikatne makarony pojawiały się niemal na każdym kroku.

W STRASZYKOWEJ GÓRZE

Do jaskini weszliśmy szerokim tunelem pełnym suchych liści. Ściany początkowo wyglądały niemal jak wyłożone cegłą, ale im głębiej wchodziliśmy, tym bardziej stawały się gładkie.

Na końcu tunel rozgałęział się, a jedno z odgałęzień prowadziło do niezwykle ciekawego komina — początkowo bardzo wąskiego, rozszerzającego się wraz z wysokością. Im wyżej, tym ciekawsza stawała się obecna tam szata naciekowa: stalagmity, stalaktyty i liczne formy wapienne.

W przeciwieństwie do pierwszej odwiedzanej przez nas Kryształowej, gdzie do ciasnych miejsc podchodziliśmy jeszcze z dużą ostrożnością i każdy przeciskał się raczej pojedynczo, w Straszykowej strach zdążył już ustąpić miejsca zwykłej ciekawości. Do małych przestrzeni wchodziliśmy wspólnie — nawet we trójkę — z rozbawieniem sprawdzając, ile osób jest w stanie zmieścić się w tak niewielkich szczelinach. To był moment, w którym najlepiej było widać, jak bardzo przez te dwa dni zmieniło się nasze podejście do eksploracji jaskiń.

Podsumowując

Każda z odwiedzonych jaskiń była zupełnie inna i każda miała w sobie coś wyjątkowego. Jedne zachwycały przestrzenią, inne ilością zacisków, jeszcze inne bogactwem nacieków albo surowością i dzikością.

Ten wyjazd okazał się czymś znacznie więcej niż tylko „spróbowaniem czegoś nowego”. Był przełamaniem własnych ograniczeń, oswajaniem strachu i odkrywaniem, że człowiek potrafi dużo więcej, niż początkowo zakłada. To niesamowite, jak szybko z grupy ludzi, którzy przyjechali z myślą „zobaczymy, czy nam się spodoba”, powstała ekipa planująca już kolejne wspólne wyjazdy.

Jura zostawiła po sobie błoto w ubraniach, siniaki na kolanach i piach w plecaku — ale przede wszystkim ogromną satysfakcję, masę śmiechu i poczucie, że właśnie otworzyły się drzwi do zupełnie nowej przygody.

P.S.

A skoro już o Cabanowej mowa — to właśnie tam złapałam jedynego chrząszcza, jakiego spotkaliśmy podczas całego wyjazdu. Przez chwilę byłam przekonana, że trafiłam na coś absolutnie wyjątkowego. Po powrocie został pokazany specjalistom z Wydziału Leśnego SGGW. Zaczęły się poszukiwania, porównywanie zdjęć, wertowanie katalogów i coraz większe emocje. Po dwóch godzinach zadzwoniono do mnie z komentarzem „Weronika, ten chrząszcz nie ma oczu!!”. W pewnym momencie pojawiła się nawet teoria, że może to być gatunek niewystępujący wcześniej w Polsce. Atmosfera zrobiła się na tyle gorąca, że po kilku telefonach i konsultacjach zaczęły padać hasła o „sensacyjnym odkryciu”.

Jak się później okazało — chrząszcz rzeczywiście był niezwykły, ale z zupełnie innego powodu. Gatunek ten naturalnie występuje jedynie w jaskiniach masywu Arize we francuskich Pirenejach, jednak został introdukowany przez Skalskiego w latach 80 (wpuścił on wtedy 50 par tego gatunku). Od tamtej pory zdążył się zadomowić w kilku jaskiniach i dziś stanowi już element tamtejszego ekosystemu.

Tak oto z „epokowego odkrycia naukowego” została mi przede wszystkim świetna historia 😊

Weronika


W wydarzeniu udział wzięli:

PINGWINY:

Weronika
Iason
Marek
Tobiasz
Artur (SW)
Marek (SW)
Bartłomiej (SW)

TYGRYSY:

Milla
Joanna
Adam
Kajetan
Łukasz
Przemysław
Jan (SW)
Stanisław (SW)
Michał (SW)

Dodaj komentarz